Opowiadanie o uczniach, zamieszkałych w Bradford – niewielkiej miejscowości w Anglii. Tak jak to bywa w szkolnym społeczeństwie: byli ci popularni i szare myszki; wysportowani i ścisłowcy; kujoni i piękne zdziry.

Zwyczajne, angielskie życie nastolatków: imprezy, alkohol, seks, narkotyki, kompromitacje, szkoła.

Jedna rzecz zmieniła Liceum.

Potem rodziny.

Miasto.

Ich.

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdzia 5



[Ariana Grande]
- Uhm.. em.. Ari.. Ja musze spadać. - wyjąkała Katelyn podnosząc się z ławki. Ugh, na prawdę ty też zostawiasz mnie z nim samą. Jęknęłam w duchu. Kiwnęłam głową na znak, że rozumiem, podniosłam się z mojego siedzenia i odprowadziłam dziewczynę do drzwi.
- No to, co widzimy się w poniedziałek. - Tarver przytaknęła. Uścisnęłam ją na pożegnanie i zamknęłam drzwi gdy tylko zniknęła za rogiem.
Odwróciłam się na pięcie, ręką przeczesałam włosy przeglądnęłam się w lustrze, po czym ruszyłam do ogrodu. Rozejrzałam się po ogrodzie usiłując odnaleźć wzrokiem mojego jedynego towarzysza.
Minęła chyba wieczność, zanim ujrzałam go opartego o wierzbę z tym swoim szelmowskim uśmieszkiem. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Wyglądał niesamowicie w czarnych spodniach, trampach tego samego koloru oraz białej koszulce, która idealnie opinała mu mięśnie.
- Jestem aż tak apetyczny? - zapytał tym swoim chrypliwym głosem, który wywoływał u mnie ciarki na całym ciele.
Poczułam jak płoną mi policzki i zachichotałam głupio, przegryzając wargę. Tak, Ariano teraz pomyśli, że jesteś jakaś dziwna. Jęknęłam.
Chłopak przyglądał mi się badawczo. Onieśmielał mnie do tego stopnia, że spuściłam wzrok i starałam sie na niego nie patrzeć. - co było nadzwyczaj trudne. - zrobiłam kilka kroków w jego stronę i stanęłam na przeciwko niego. Mimo, że było ciemno światło księżyca oświetlało jego twarz w taki sposób, że mogłam zobaczyć każą rysę jego twarzy.
Uśmiechnęłam się do niego lekko po czym uniosłam wzrok ku niebu. Dzisiejszego dnia, była pełnia księżyca, którą tak bardzo uwielbiałam.
- Jest piękny. - powiedziałam nie spuszczając wzroku z jasnego koła na niebie.
- Ty jesteś piękna. - rzekł Harry, kładąc dłoń na moim policzku. Momentalnie przeszedł mi przez ciało dreszcz a moje oczy lustrowały jego zielone tęczówki. Czułam, że mimowolnie pochylam się ku niemu, i mogłabym przysiąc, że jego ciało także zareagowało. Wprawdzie nie mam w tych sprawach wielkiego doświadczenia - no dobrze, wciąż jestem dziewicą - ale nie jest to równoznaczne z kompletnym debilizmem (a przynajmniej nie zawsze). Wiem, kiedy facet na mnie leci. A Harry, przynajmniej w tej chwili, ewidentnie leciał.
Nasze usta niemal się stykały, pragnęłam aby mnie pocałował. To było silniejsze ode mnie. Patrzyliśmy na siebie, oboje ciężko oddychając. Błagałam aby ta chwila trwała wiecznie. Usłyszeliśmy zbliżające się kroki. Oderwałam się od chłopaka i zrobiłam krok w tył. Westchnęłam poirytowana, gdy w drzwiach balkonowych ujrzałam Freddiego.
- Przepraszam nie wiedziałem, że przeszkadzam. - powiedział z udawanym zakłopotaniem. Niech cię cholera weźmie.
- Um, nie przeszkadzasz, już wychodzę. - Harry uśmiechnął sie - Miło było się spotkać, Ari. Raz jeszcze dziękuje, za miło spędzony czas. - Puścił mi oczko, uściskiem dłoni pożegnał się z Freddy’im, po czym wyszedł tym samym miejscem z którego przyszedł.
Nie wiedziałam, czy mam krzyczeć z frustracji, płakać ze wstydu czy warczeć z furii.
 Marszcząc brwi, mamrocząc coś do siebie i nie przejmując sie tym, że drżą mi ręce i mój brat na mnie patrzy, ruszyłam w kierunku swojego pokoju. Weszłam do środka i zrzuciłam z siebie ubrania, zostałam tylko w samej czarnej koronkowej bieliźnie. Wgramoliłam sie pod kołdrę, zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć.
Gdy mi to nie wychodziło, zaczęłam liczyć barany. Dosłownie. To podobno działa. Prawda? Wyobraziłam sobie więc pole z bramką, przez którą przeskakują urocze kudłate białe baranki. Po pięćdziesiątym piątym baranku liczby w głowie zaczęły mi się rozmywać i w końcu zapadłam w niespokojny sen. Zobaczyłam w nim baranki ubrane w czarno - fioletowe stroje drużyny Bradford. Pastuszka kierowała je na bramkę, przez którą miały przeskoczyć (która teraz wyglądała jak bramka piłkarska). Nie widziałam twarzy pastuszki, ale z samej sylwetki wywnioskowałam, że jest wysoka i szczupła. Jasne blond włosy opadały jej kaskadami na plecy. Odwróciła się, jakby poczuła, ze na nią patrzę i wbiła we mnie spojrzenie szaro - niebieskich oczu. Uśmiechnęłam się szeroko i pomachałam do niej, lecz zamiast odpowiedzieć tym samym, groźnie zmrużyła oczy i obróciła się gwałtownie. Warcząc jak dzikie zwierze, chwyciła jednego z futbolowych baranków, podniosła go i zwinnym ruchem skręciła mu gardło. Chciałam się obrócić, nie chciałam na to patrzeć ale nie mogłam... nie miałam siły.
Potem ciało baranka zamieniło się w dziewczynę, ale nie zwykłą dziewczynę to była Cher a pastuszką była Amber.

***

Przebudziłam się cała zapłakana i roztrzęsiona. Co ten sen miał oznaczać? To, ze Amber jest nieobliczalna? Czy, że mam chronić Cher przed Walsch. Nie miałam pojęcia.
Przetarłam ręką oczy i wygramoliłam sie z łóżka. Pierwsze co miałam w planach zrobić, to orzeźwiający prysznic. Wyjęłam z półki świeżą bieliznę i podążyłam w stronę łazienki. Weszłam do kabiny i odkręciłam kurek. Po moim ciele spływały krople chłodnej wody, które dały mi kopa na resztę dnia. Wytarłam się dokładnie ręcznikiem i wysuszyłam włosy. Umyłam zęby i zrobiłam lekki makijaż, który miał tylko zatuszować lekkie przebarwienia na mojej skórze. Na tyłek wciągnęłam czarne legginsy, a na górę włożyłam beżową tunikę w kwiatki. Postanowiłam zrobić z włosów tak zwany wodospad. Przeplatałam włosy u ich nasady, a resztę opuściłam lekko na ramiona i podkręciłam.
Zadowolona z efektu zrobiłam sobie zdjęcie, które potem miałam zamiar wrzucić na twittera. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę 08:00. Miałam zamiar dziś zrobić małe zakupy, bo nasza lodówka świeciła pustkami. Tak to jest jak ma się brata głodomora.
Wsunęłam na swoje nogi czarne balerinki a na plecy zarzuciłam białą torebkę. Pierwszym punktem moich zakupów jest Tesco. Jechałam rowerem ulicami Bradford rozglądając się dookoła. W tym mieście wszystko się zmieniło od czasu kiedy się tutaj przeprowadziłam. Zawsze było tutaj cicho i spokojnie. Nic sie nie działo specjalnego. A teraz.. zaginięcie Liama, próba samobójcza Nialla. Wszystko było inne i przerażające.
Jadąc dalszą drogą, stwierdziłam, ze dzisiaj przejdę się do szpitala i odwiedzę Horana. Martwiłam się o niego. Postawiłam mój rower przy sklepie, wzięłam koszyk i weszlam do środka. Wyciągnęłam kartkę, na której uprzednio zapisałam produkty do kupienia i rozłożyłam ją w rękach. Wzrokiem odszukałam Mleko, ktore było jako pierwsze na mojej liście. Włożylam do koszyka potrzebne rzeczy i ruszylam do kasy, przy ktorej byla nie mała kolejka.
Westchnęłam, widząc, ze za mną w kolejce stoi Max George - jeden z najbardziej wpływowych nastolatków w Bradford. Nie znosiłam go, był bardzo cwany i pusty. Nadawałby się dla Amber albo Beth. Na moje nieszczęście nienawidził ich.
- Cześć. - przywital się ze mną. Co mnie co najmniej zdziwiło.
Odpowiedziałam mu ciche Hej i wypakowywałam dalej moje zakupy na taśmę. - Co tam? - nie dawał za wygraną. Ugh, odczep sie, widzisz że nie chcę z tobą rozmawiać.
- Uhm, nic specjalnego. - odpowiedziałam. Chłopak uśmiechnął się lekko.
- Aha. - na tym nasza rozmowa się skończyła i na całe szczęście.
Kiedy ekspedientka policzyla wszystkie rzeczy, zapłaciłam jej i jak najszybciej wyszłam ze sklepu. Włożyłam do koszyka zakupy, i ruszylam w kierunku Lidla. Po skończonych zakupach udałam się do domu. Rozłożyłam wszystkie zakupy na stole i powoli układałam je w półkach i lodówce. Położyłam ostatniego pomidora do lodówki, wziełam jabłko ze stołu i zasiadlam przed telewizorem, włączając na jakiś program kulinarny.
Czas nauczyć się gotowac..

***

Ruszyłam szybkim krokiem w stronę szpitala. Wiatr burzył moje idealnie ułożone włosy, na co jęknełam z niezadowolenia. Pół godziny układania poszło na nic. Marudzisz, ze ci się włosy zepsuły, a Niall w tym czasie lezy w szpistalu walcząc o życie. Skarciłam sie w myślach za to, ze jestem taka pusta.
Moją dzisiejszą misją były odwiedziny Irlandczyka. Chciałam sprawdzić czy z nim wszystko w porządku i dotrzymać mu towarzystwa. Nie mogłam zniesc myśli, ze Amber mogła doprowadzić do próby samobójczej. Wiem, że jest okrutna ale żeby tak od razu kończyć z życiem. Nie raz dopiekała mi do tego stopnia, ze zbierało mi się na płacz, ale nigdy nie myślałam o samobójstwie. Niall musi być wyjątkowo wrażliwy.
 Z moich myśli wyrwał mi dźwięk klaksonu. Zrozumiałam, że stoje na pasach, a świeci zielone światło. Szybko zerwałam sie z miejsca i przeszłam na drugą stronę. Pewnie ten gość pomyślał sobie, ze jestem jakaś nienormalna. Podążyłam ostatnią prostą w stronę szpitala.
Stanałam przed wielkim białym budynkiem, z masą okien. Wzrokiem usiłowałam odnaleźć wejście głowne. Nigdy nie byłam w tym szpitalu i niezbyt bardzo orientuje się gdzie co jest. W moje oczy rzucił się duzy napis "Wejście główne" . Poprawiłam torbę na moim ramieniu i zwinnym ruchem wbiegłam po schodkach do drzwi głównych.
W środku szpitala, tak jak w każdym innym panowały stonowane kolory, w większości była to biel. Od razu poczułam specyficzny zapach tego miejsca, na co się wzdrygłam. Nie lubie szpitali. No, bo, kto lubi? To miejsce kojarzy mi sie jedynie ze śmiercią i płaczem osób bliskich.
Podeszłam do recepcji, którą zobaczyłam zaraz po przekroczeniu drzwi. Zza ladą siedziala średniego wieku kobieta. Uśmiechneła się do mnie ciepło co i ja odwzajemniłam.
- W czym ci mogę Kotuniu? - zapytała lekko piskliwym głosem.
- Uh.. um.. w której sali leży Niall Horan? - posłałam jej lekki uśmiech.
Kobieta szukała w komputerze informacji na temat Nialla. Przestąpiłam z nogi na noge, oczekując odpowiedzi. Kobieta podniosła wzrok i popatrzyła na mnie smutnymi oczyma.
- To ten chłopak co chciał popełnić samobójstwo. - skinęłam głową. - biedactwo, taki młody a już chce odebrać sobie zycie. - kontynuowała. Kobieto mów do rzeczy.
- Ma pani rację.. - przytaknęłam jej. - tak więc w której sali leży? - coraz bardziej znieciepliwiona przestapywałam z nogi na noge.
- Piętro 6, sala 6b. - podziękowałam jej i odeszłam od recepcji, przy ktorej zebrała sie już co najmniej 3 metrowa kolejka. Podeszłam do windy - nie miałam siły iśc schodami - wcisnełam przycisk i czekałam aż przyjedzie. Nie mineła minuta a winda już była na parterze.
W środku był straszny tłok. Ojciec z dzieckiem, które marudziło ze nie chce mieć siostrzyczki, jakaś staruszka mówiąca o swojej menopauzie z przed 10 lat i jeszcze pare innych spoconych osób, ktore mowiły swoje nowinki z życia. Całe szczęście, ze w tym szpitalu winda szybko jeździ, bo po niespełna minucie byłam już na 6 piętrze. Niemal, ze wypadłam z windy przez tlok jaki tam panował. Stanełam na środku korytarza i zastanawialam sie w ktorą stronę mam iśc. Wypadło na stronę prawą. Przeszłam przez korytarz tam i z powrotem, dwa razy zanim odnalazłam salę, w ktorej leżał Niall.
Otworzyłam lekko drzwi i weszłam do niebieskiego pomieszczenia, w którym stały trzy łóżka. Niall leżał na ostanim z nich. Chłopak nie spał tak jak dwóch innych chłopaków w jego sali. Wpatrywal się w widok zza okna. Byl nieobecny.
Usiadłam na rogu lóżka.
- Cześć Niall - przywitałam się z chłopakiem. Nawet na mnie nie spojrzał. - Wiesz postanowiłam cię odwiedzić, sprawdzić jak się czujesz..- kontynuowałam moją paplaninę. Nie reagował.- Wiesz jak chcesz to pójde. - podniosłam się z łożka, zrobiłam krok ku drzwiom ale odwróciłam się kiedy poczułam ręke oplatającą mój nadgarstek.
- Zostań.. - powiedział słabym głosem. - Zostań jak chcesz... - usiadłam ponownie i wpatrywałam się w chlopaka.
- Jak się czujesz ? - wzruszył ramionami, westchnełam. Nie mogłam patrzeć na niego w takim stanie. Był jeszcze bardziej blady niż zwykle, jego piękne niebieskie oczy teraz były podpuchnięte i czerwone. Nie przypominal siebie. - Wiesz, przyniosłam ci żelki, które tak bardzo lubisz. - powiedzialam z entuzjazmem w głosie. Chłopak uśmiechną się lekko i wziął odemnie żelki i otworzył częstując mnie. W tym czasie mogłam dostrzec jego zabandażowane nadgarstki. I blizny po wcześniejszych cięciach.
- Dziękuje. - powiedzial cicho. Nie miał siły by mówić. Ugh, jak jak cię Amber dorwe to się nie pozbierasz...
- To kiedy wychodzisz ? - zapytałam przeżuwając zelka.
- Za pare dni. - usmiechnął się blado. Skinelam na znak, ze rozumiem. Zapadła cisza, nie wiedziałam co mówic. Szczerze mówiąc to niezbyt znałam Nialla. Nigdy nie utrzymywaliśmy większych kontaktów niż zamienienie paru zdań w szkole. Ale nie mogłam pozwolić żeby siedział sam w szpitalu, ze swoimi myślami. To nie byłoby dla niego dobre. - Um.. A gdzie Cher i George ? - zapytał niepewnie, jakby się bał że powie coś nie tak. Nie wiedzialam co mu powiedzieć.
- Ehm.. wypadło im coś i nie mogli razem ze mną przyjść, ale z pewnością bardzo się o ciebie martwią. - na jego usta wdarł się szerszy uśmiech niż poprzednio. Cieszyłam się, ze mogę go uszcześliwić tylko tym, ze spedze z nim trochę czasu. A co do czasu.. wyciągnełam telefon z torebki sprawdzając godzinę. Było już późno, nawet nie wiem kiedy przesiedziałam u Nialla godzinę. - Niall ja już muszę iśc, późno się zrobiło. - podniosłam się z łożka. - Zdrowiej, bo rezerwuje z tobą taniec na balu. - uśmiechnełam się do niego szeroko i uściskałam, tak zeby nie zrobić mu krzywdy.
Wychodząc z sali pomachalam do niego i widzialam jeszcze jak się szeroko usmiecha i mi odmachuje. Misja zakończona. Przez całą drogę do domu usmiech nie schodził mi z twarzy. Byłam szczęśliwa. Nawet zapomniałam o wczorajszym wieczorze i o tym, że Cher i Geo za pewne mnie nie nawidzą. Przechodząc obok domu Liama Payne, zobaczyłam w salonie dwie postacie oswietlejace sobie drogę latarką. Nie wiem czy mój rozmum dobrze pracował, całkiem możliwe, ze się przegrzal ale postanowiłam sprawidzć kto to. Na palcach podeszłam do drzwi wejściowych i lekko nacisnełam klamke. Otworzyłam drzwi i cichutko podeszłam do salonu. Odchyliłam lekko drzwi, nagle uslyszalam jak ktoś krzyczy a ktoś inny próbuje mi przywalić wazonem...


|Cher Lloyd|
Spięłam swoje włosy w kitka i schyliłam się, aby zawiązać sznurówki swoich korków. Bezszelestnie stanęłam prosto i przyjrzałam się chłopcom, którzy stali na murawie szkolnego boiska. W czarnych strojach szkolnych, piłkarze nie wyróżniali się zbytnio. Czarno-fioletowe barwy były dość ponure, ale to właśnie sprawiało, iż Bradfordzkie Liceum należało do tych specyficznych.
Ostatnie ognisko u Ariany nie było złe, dopóki w jej skromne progi nie zapukał Harry. Cholera, jak ja go nie lubię! Nawet nie wiem, skąd u mnie ta nienawiść do tego chłopaka. W końcu, no trzeba być szczerym samym ze sobą, Styles był przystojny, ale sposób, w jaki traktował innych odtrącał mnie. Nie, żebym w jakiś sposób „zauroczyła” się w tym chłopaku. Po prostu oceniam sytuację, w jakiej się znalazłam u przyjaciółki.
Kocham Ari jak siostrę i martwiłam się o nią, bo, jeśli zbliży się do Harry’ego, pewnością będzie, iż ktoś kogoś później zrani. I nie mówię tutaj o tym, że Grande byłaby zdolna unieszczęśliwić Stylesa. Ona jest zbyt delikatna  i wrażliwa.
Ugh, dobra, Cher, ogarnij się – nakazał mi głos w mojej głowie – jak na razie, nikt z nikim nie chodzi. Po prostu między nimi jest chemia i to tyle. Może Ariana nie jest na tyle głupia, żeby zakochać się w tym dziwaku?
  Westchnęłam i wyszłam na zewnątrz, gdzie wszyscy stanęli wokół trenera. Oczywistością było to, iż Somerhalder nie pawał do mnie taką sympatią jak do Louisa, czy też Zayna, ale dla mnie liczyło się to, że mogę tutaj być i spełniać jakąś rolę w tym wszystkim. Bo jak wszyscy wiedzą: życie w liceum nie jest łatwe.
Stanęłam kilka metrów od grupki chłopaków, żeby utrzymać dystans. Nie bardzo miałam ochotę na jakiekolwiek docinki z ich strony, zwłaszcza, iż Louis zachowywał się dosyć dziwnie i nietypowo, nawet jak na niego. Odkąd zaproponował mi, żebym „zabiła” społecznie Amber, nie rozmawiałam z nim.
- Jak wiecie, w przyszłym tygodniu, we wtorek, gramy najważniejszy mecz. – zwrócił się do nas trener – więc przyszła pora na wybór składu, który w nim zagra.
Ach, tak. W drużynie było osiemnastu zawodników, a każdy, nawet amator futbolu, wie, że na boisku gra tylko jedenastu.
Przymrużyłam oczy, aby widzieć Somerhaldera, gdyż, mimo zbliżającego się października, słońce rozpieszczało Bradford swoimi promieniami.
- Tomlinson, Malik, Monk, Devine… - spojrzał po kolei na chłopców, którzy skinęli głowami. To było bardziej niż pewne, że oni zagrają. - …Kress, Tanton, Lemon, Sykes… - stały skład. Żadnych zmian, które mogłyby jakoś wpłynąć na grę. Westchnęłam. - …Brooks, Henrie* i Styles.
Poczułam na sobie wzrok chłopaków, więc niepewnie podniosłam wzrok i spojrzałam na nich. Harry był zdziwiony, to było widać, ale za to Josh’owi wymsknęło się ciche mruknięcie.
- Ale trenerze, - zaczął Louis - nie chcę podważać tej decyzji, ale Harry jest nowy i – zwrócił się teraz do lokowatego – …nie to, że źle grasz, czy coś, ale – tutaj ponownie spojrzał na Ian’a – Wydaje mi się, że to dla niego trochę za wcześnie na ten mecz. Powinniśmy wystawić pewnych graczy.
Tym razem swój wzrok przeniósł na mnie. Poczułam się głupio.
- Podzielam zdanie Louisa. – poparł go Malik. Z nimi, zgodził się także Kit, Nathan i Sean. Reszta była zgodna z decyzją trenera.
- Nie zmienię zdania – odparł chłodno Somerhalder – Styles jest dobrym graczem, a my potrzebujemy świeżej krwi, także nie macie, co dyskutować, a teraz, panowie, pięć okrążeń. Reszta jest wolna.
Zawiodłam się na samej sobie. Nie byłam na tyle dobra, aby wziąć udział w przyszłym meczu. W tym samym czasie, kiedy ja zastanawiałam się, co ze sobą zrobić, chłopcy wykonali polecenie trenera.
Odeszłam na kilka metrów do tyłu, aby znaleźć się prawie pod drewnianymi trybunami i usiadłam „po turecku” na chłodnej murawie i zaczęłam wyrywać trawę z ziemi, aby tylko się czymś zająć.
- Cher, nie przejmuj się tym. – usłyszałam ciepły głos, po czym odwróciłam głowę w jego stronę. Obok mnie stanął Zayn.
- Nie powinieneś biegać? – rzuciłam obojętnym tonem.
Mulat nic sobie nie zrobił z mojego braku humoru i usiadł naprzeciwko mnie, czego całkowicie się nie spodziewałam. Nie przestawał się we mnie wpatrywać.
- Hej, nie chcę nic mówić, ale powinnaś znaleźć w tym wszystkim jakieś dobre strony! – posłał mi cień uśmiechu.
Spojrzałam na niego jak na idiotę.
- Jakie, niby?
- No nie wiem… - podrapał się po karku, po czym ponownie przeniósł swój wzrok na mnie – O, na przykład to, że jesteś zwolniona z lekcji i nie będziesz musiała nic robić.
Wywróciłam oczami.
- Zayn, cała szkoła nie ma lekcji. – przypomniałam mu.
- Okej, wygrałaś. – szepnął, a na moje usta mimowolnie wpłynął uśmiech.
- MALIK, DOŁĄCZ,  DO JASNEJ CHOLERY, DO GRACZY, A NIE OPIERDALASZ SIĘ PO KĄTACH! – dobiegł ku nam krzyk Somerhaldera, który już niedługo miał wybuchnąć jeszcze bardziej.
Mulat wywrócił teatralnie oczami i ponownie się do mnie uśmiechnął.
- Chyba już pójdę. – odparł i zaczął się podnosić, ale kiedy zamierzał już odejść, odwrócił się ku mnie – Cher, takie mam pytanie… - spojrzałam na niego niepewnie – Zastanawiam się, z kim idziesz na szkolny bal?
Czy właśnie Zayn Malik zapytał się mnie, z kim idę na bal? Uszczypnijcie mnie, bo zaraz umrę. On miał dziewczynę i pyta się mnie o takie rzeczy?! Świat oszalał!
- Z nikim. – odpowiedziałam zaskoczona jego pytaniem – Jest jakiś powód, dlaczego mnie się o to pytasz?
…przecież masz dziewczynę, nie pamiętasz? – dokończyłam w myślach. Tak niewiele brakowało, abym wypowiedziała to na głos, jednak w porę się opamiętałam.
- Ehm, och, nie. – zmieszał się, co wydawało mi się co najmniej dziwne – Po prostu chciałem wiedzieć. Dobra, idę, bo trener mnie zamorduje.
A skoro mowa o morderstwach.
Musiałam jak najszybciej skontaktować się z George’em albo Arianą, a zważywszy na jej zajebiście świetną znajomość ze Stylesem, chyba musiałam zadzwonić do Shelley’a.
Szybko wywaliłam z głowy tę rozmowę i podniosłam się z murawy, aby przejść do szatni. Kątem oka, zauważyłam, iż Louis i Harry mi się przyglądają. Oczywiście jeden z jednej strony boiska, a drugi z drugiej. Poczułam, że moje policzki stają się różowe, więc przyspieszyłam kroku i zniknęłam za rogiem, w budynku.
Znalazłam się w szatni i przebrałam swój czarno-fioletowy strój w swoją zieloną bluzę z addidasa i czarne spodnie, trochę wiszące w kroczu, tak wiem jak to dziwnie zabrzmiało. To były moje ulubione, więc.. na nogi wsunęłam ciemne conversy, a do torby spakowałam swoje pozostałe rzeczy. Wzięłam telefon do dłoni i wykręciłam numer do przyjaciela.
Oczekując na połączenie, stanęłam przy oknie i zaczęłam wpatrywać się w piłkarzy. Tak bardzo im zazdrościłam. Tak bardzo chciałam zagrać w tym meczu z Thirlwall. Ugh.
- Uczę sięęę – usłyszałam po drugiej stronie słuchawki.
- To przestań na trzy minuty. – odparłam znudzonym  głosem – Potrzebuję towarzysza do odwiedzenia mieszkania Liama.
- Cher-nigdy-nie-potrzebuję-twojej-pomocy-Lloyd chce, żebym poszedł z nią do domu Payne’a. Dlaczego wy jesteście takie jebnięte, co?
Westchnęłam, opierając się o ramę okna i patrząc jak Kress broni bramki, kiedy to Louis w nią strzelał. Zdziwiło mnie to, bo zazwyczaj Tomlinson zawsze trafia, a z tego, co wiem, to Nath się tak wkurza, że potem jego dziewczyna chodzi naburmuszona następnego dnia w szkole.
- Dlaczego my, co? – warknęłam – Nie sądzę, żeby Ariana chciała się ze mną zabrać, zważywszy na to, co wydarzyło się na ognisku.
- A co się wydarzyło?
- Cholera, George. – westchnęłam – Nie wiem. Poszłam z tobą, pamiętasz? W ogóle mnie to nie obchodzi. Idziesz, czy nie?
- Yhy, dobra. – zrezygnowanym głosem odparł chłopak po drugiej stronie telefonu – Kiedy?
Spojrzałam na wyświetlacz swojej komórki. Szesnasta pięćdziesiąt osiem.
- Za dziesięć minut pod moim domem? – zaproponowałam.
Shelley się zgodził.
- Ej, a ty nie masz teraz treningu? – zanim się rozłączyłam, usłyszałam jego pytanie.
- Ugh, szkoda gadać. – westchnęłam – Powiem ci później. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się i wrzuciłam telefon do swojej kieszeni od bluzy w tym samym momencie, kiedy usłyszałam szuranie butów. Odwróciłam się w stronę wyjścia z szatni, a tam stał uśmiechnięty Harry.
Przewiesiłam swoją torbę przez ramię i ruszyłam w stronę drugiego wyjścia, chcąc ominąć lokowatego idiotę. Jednak ten zastąpił mi drogę.
- Mam nadzieję, że się nie gniewasz, bo zastąpiłem cię w meczu. – jego głos był jakby.. taki szczery, ale nie chciałam w to wierzyć.
- Nadzieja matką głupich. – odparłam – Odsuń się, chcę iść do domu.
Chłopak nie posłuchał i nadal stał mi na drodze. Kiedy wywróciłam oczami i pchnęłam go, aby zrobić sobie przejście, złapał mnie za nadgarstki i przycisnął do framugi drzwi, wpatrując się w moje oczy. Byłam zmuszona patrzeć w jego intensywnie zielone tęczówki.
- Puść mnie. – powiedziałam, a mój głos uwiązł mi w gardle.
Chłopak oblizał wargi.
Powtórzyłam swoją prośbę, jednak z większym jadem w głosie. Brunet rozluźnił swój uścisk na moich nadgarstkach i uśmiechnął się pod nosem. Zrobił krok do tyłu, a ja momentalnie odeszłam na bok. Jednak zanim odeszłam, odwróciłam się jeszcze do niego.
 - Zrobię wszystko, żebyś odpierdolił się od mojej przyjaciółki. – warknęłam na niego i odeszłam.
Taki miałam plan i miałam w dupie to, że Ariana mogłaby mnie za to zabić. Po prostu chciałam zadbać o to, żeby nikt jej nie zranił. W końcu była moją przyjaciółką, nie dość, że najlepszą to jeszcze jedyną i prawdziwą.

*

Spojrzałam niepewnie na swojego przyjaciela, który kręcił coś przy zamku w drzwiach. Od kilku minut próbował go jakoś zniszczyć, żebyśmy dostali się do środka domu.
- Gotowe – szepnął George i przepuścił mnie pierwszą, otwierając mi drzwi.
Już dawno zapadł zmierzch, dlatego mieliśmy większą szansę na to, aby zostać niezauważonymi. Bylibyśmy o wiele wcześniej, ale musiałam, a Shelley wręcz nalegał, żebym mu powiedziała, dlaczego skończyłam wcześniej trening.
Zapaliłam latarkę, którą trzymałam w dłoni i rozejrzałam się po przedpokoju. Zdjęcia na ścianach, płaszcze  na wieszakach, buty pod komodą. Przeszliśmy do salonu, gdzie na stoliku leżało kilka otwartych książek, kubek oraz talerzyk.
Geo przeszedł do kuchni, a ja powolnym krokiem zmierzyłam na piętro, aby dowiedzieć się jak najwięcej o tym miejscu. Kiedy wchodziłam po schodach, przyjaciel mnie dogonił i towarzyszył kroku.
- Wygląda to wszystko, jakby ktoś tutaj mieszkał… - odparł szeptem Geo.
W głowie miałam dokładnie taką samą hipotezę. Jednak nie byłam w stanie jej wypowiedzieć na głos.
Trafiliśmy do niewielkiego pokoiku, gdzie ściany były koloru kawowego, a na nich wisiał kalendarz, zdjęcia i typ podobne rzeczy. Łatwo można było rozpoznać, iż ten pokój należał do Liama. Wskazywał na to, na przykład, czarny plecak, leżący w kącie pomieszczenia, albo fotografie na ścianie, czy też komodzie.
- Czego konkretnie szukamy? – zapytał się Shelley, idąc w kierunku szafy. Otworzył ją na oścież i zaczął przeszukiwać.
Właśnie, czego szukamy?
- Nie wiem.. – zaczęłam niepewnie – Jakiegoś dziennika, kartki, zdjęcia, czegokolwiek, co mogłoby udowodnić policji, że Liam żyje.
Mimo ciemności, jaka panowała w pokoju, mogłam stwierdzić, że George spojrzał na mnie z powątpieniem. Sama wątpiłam w to, co mówiłam.
Nim zdążyłam podejść do biurka, moich uszu dobiegł dźwięk otwierających się drzwi, na dole. Zamarłam w miejscu. Spojrzałam szybko na Shelley’a (świecąc w niego latarką) i czym prędzej zeszliśmy na dół. Złapałam po drodze jakiś przedmiot, który okazał się być wazą i stanęłam za ścianką, prowadzącą na górę, czekając. Mój towarzysz zajął miejsce trochę bliżej.
Kiedy usłyszałam kroki, przygotowałam się na uderzenie, jednak Geo mi to uniemożliwił.
- Cher, nie, to jest… - zaczął, ale ja się zamachnęłam i…

* Nath Kress (bramkarz), Kit Tanton (defensywny),  Sean Lemon (obrona), Jai Brooks (napastnik), Nathan Sykes (stopper), David Henrie i Harry Styles (pomoc - lewa), Tomlinson (napastnik), Malik (pomoc - prawa), Craig Monk (defensywny), Devine (obrona).



_______________________________________________________________________
Jak tam wrażenia po rozdziale piątym? Ja uważam, że perspektywa Ariany wyszła zajebiście (a to wszystko, dzięki Paulinie, love you) Co do Cher… źle nie jest, ale szału nie ma.
Oh, God. Tyle wyświetleń! Jesteście wspaniali ;)
Dziękujemy za komentarze.<3
olka,xoxo
PS. Niedługo będziecie mogły spodziewać się dodatku, który nieco rozjaśni sytuację pewnego bohatera.
PS2. Za jakiekolwiek błędy przepraszamy. Jest późno, a ja nie ogarniam zbyt dobrze :)
PS3. Rozdział miał być dwa dni temu, ale podziękujcie mojemu lenistwu, że nie chciało mi  się nawet kompa włączać.
Adios.

piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 4



Tablica ogłoszeń:
15 października odbędzie się szkolny bal, na który każdy powinien zobowiązać się przyjść. Obowiązują stroje wieczorowe oraz garnitury.
Pierwszoklasiści niech wykupią w sekretariacie żółte wstążki i podczas balu przypną je sobie do kreacji.
Drugoklasiści niebieskie wstążeczki – to samo.
Trzecioklasiści czerwone wstążeczki – dokładnie jak powyżej.
ALKOHOLU NIE WNOSIMY !
Motywem przewodnim jest współczesne życie.
Zapraszam,
Przewodnicząca Samorządu Szkolnego – Amber Walsch

|Louis Tomlinson|
- Zapomnij – odparłem zdecydowanie, nakładając sobie na tacę czerwone jabłko.
Zrobiłem parę kroków w lewo i moim oczom ukazał się szeroki wybór deserów. Jednak mimo tak bogatej zastawy dla „tej lepszej części szkoły”, ja zawsze stawiałem na czekoladowy pudding.
Byłem popularny. I co z tego? Obracałem się  w gronie ludzi, którzy nie wiedzieli, co jest stolicą Wielkiej Brytanii! A to i tak było niczym w porównaniu do ilorazu inteligencji Amber Walsch. Nie miałem pojęcia, dlaczego Zayn z nią jest. Właśnie, on jako jedyny ratuje moją godność i reprezentuje sobą mądrego człowieka.
Mądrego, dopóki nie zacznie wiercić ci dziury w dupie o jakieś imprezie.
- Louis, bądź ze mną szczery. – nalegał mój przyjaciel.
Niechętnie przeniosłem na niego swój wzrok.
- Zayn, moja mama zostawia mi pod opieką siostry. Nie mogę ot tak, jakby nigdy nic, zrobić krwawej balangi wiedząc, że dziewczynki będą na górze.
Chłopak westchnął, jednak zdawałem sobie sprawę z tego, że nie odpuści mi tak łatwo tej imprezy. Miałby wtedy doskonały powód ku temu, aby nachlać się i zapomnieć o otaczającym go świecie. A przede wszystkim, procenty pozwoliłyby mu zapomnieć na chwilę o tej pustej Amber.
Przeszedłem przez prawie całą stołówkę i usiadłem przy naszym stałym stolik. Na szczęście nie było przy nim nikogo z naszej „paczki”.
Postawiłem na blacie granatową tacę z kawałkiem pizzy, jabłkiem, butelką soku brzoskwiniowego i puddingiem. Rozejrzałem się po Sali w poszukiwaniu jakiegoś konkretnego zajęcia, no bo po co jeść na stołówce, w porze lunchu, prawda?
Ujrzałem ją. Wchodziła na stołówkę w towarzystwie swoich przyjaciół. Jej ciemne włosy były związane w idealnego warkocza, a jej strój składał się z kwiecistych legginsów oraz białej bluzki z podwiniętymi do łokci rękawami. Nie nosiła szpilek jak dziewczyny w liceum. Miała Conversy.
- Louis? – spojrzałem na Malika, słysząc swoje imię – Wiem, że nie masz dziewczyny, a bal za dwa tygodnie, więc tak sobie pomyślałem, że mógłbyś zaprosić którąś z drugiej klasy.. no wiesz, o kim mówię.
- Nie sądziłem, że będziesz dzisiaj gadał o czymś innym poza imprezą u mnie. – upiłem łyk swojego soku i ponownie spojrzałem w miejsce, gdzie siedziała pewna dziewczyna.
- Przecież ona cię nie zaprosi. To chłopcy muszą to zrobić. – odparł brunet, gryząc kawałek swojej pizzy.
- Podziękuj za to swojej ukochanej. – uśmiechnąłem się do niego sztucznie. Na moją uwagę, Zayn tylko się skrzywił. – A właśnie, o wilku mowa… - wskazałem na wejście do stołówki.
Nim zdążyłem dokończyć, obok nas pojawiła się Amber. Oczywiście zawsze towarzyszyła jej Beth, która od jakiegoś czasu się do mnie przywalała. No, przyznać musiałem, brzydka nie była, ale strasznie denerwująca.
- Słyszeliście newsa dnia? – zagadnęła Walsch siadając między mną, a Malikiem. Beth zajęła miejsce po przeciwnej stronie, naprzeciwko swojej przyjaciółki – Znaleziono ciało jakiegoś nastolatka w rzece. Policjanci twierdzą, a muszę przyznać, że ten, który wypowiadał się w telewizji był bardzo przystojny… - rozmarzyła się, za co dostała groźne (udawane?) spojrzenie od Zayna – No, przechodząc do rzeczy.
- Ci policjanci twierdzą, że ten chłopak to nasz kujonek. – pośpieszyła z odpowiedzą Beth.
- Uh, Beth, ty to potrafisz budować napięcie. – westchnęła Amber – Ja miałam im to powiedzieć!
Nie słuchałem już paplaniny tych dwóch idiotek. Byłem zdziwiony tą informacją, jednak nie mogłm uwierzyć w to, iż mógłby to być Liam Payne. Przecież on tylko przez ostatnie dwa tygodnie nie przychodził do szkoły. To w końcu nie jest powód, aby od razu media go uśmiercały.
Zaraz, zaraz.
Kiedy rano, moja mama oglądała wiadomości, obiło mi się o uszy jedno wydarzenie, jednak zignorowałem je, gdyż musiałem jak najszybciej dostać się do szkoły. Ostatnio dość często zasypiam na wyznaczone godziny.

Daily Express:
Dzisiaj rano wyłowiono z rzeki ciało osiemnastolatka. Zakłada się, iż ofiarą morderstwa stał się Liam Payne, uczeń miejscowego liceum. Jednak te informacje nie są jeszcze potwierdzone. Prokuratura czeka na wszczęcie śledztwa i postępowania karnego wobec rodziców nastolatka. Niestety…

            Tak, to dokładnie to samo, o czym mówiła Amber.
- A ty, Lou, z kim idziesz na bal? – z myślenia wyrwał mnie irytujący głos Beth.
Jak one tak szybko zmieniły temat?
Zamyśliłem się na chwilę, po czym odpowiedziałem:
- Z dziewczyną…
- No chyba nie z chłopakiem – zaśmiała się Amber. Gdy na nią spojrzałem, od razu zamilkła.
- A miałabyś z tym jakiś problem? – przyglądałem się jej badawczo.
Była zdziwiona tym, co właśnie usłyszała.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś gejem? – zapytała wystraszona Beth.
Zayn powstrzymywał się od wybuchnięcia śmiechem. Dziękuję, kolego.
- Chcę powiedzieć, że nie jesteście tolerancyjne. – wstałem z krzesła – A teraz panie wybaczą, ale poszukam sobie jakiegoś przystojnego towarzysza na bal.
Odszedłem od ich stolika słysząc śmiech Malika. Wiedziałem, że on mi nie uwierzył, więc trudno się dziwić, że tak się zachowywał. On mnie zbyt dobrze znał. Za to, sądząc po braku jakichkolwiek uwag ze strony Amber i Beth, na pewno to połknęły i za chwilę cała szkołą będzie myślała, że jestem gejem.
Przeszedłem obok stolika Cher i Ariany, gdzie dziewczyny zawzięcie o czymś dyskutowały. Ta pierwsza mnie zauważyła i uśmiechnęła się, co i ja odwzajemniłem. Po jej wyrazie twarzy, który jeszcze zdążyłem złapać, wyglądała na zaskoczoną. Trudno się dziwić. Przecież nigdy nie rozmawiałem z nią publicznie. Czasami na treningach… dość często, zastanawiałem się, dlaczego ona w ogóle jeszcze chce ze mną gadać. Ja bym nie chciał zamienić choćby jednego słowa z taką osobą, jaką udaję.
To chyba nazywa się przyjaźń, prawda?
Szedłem korytarzem, zmierzając do mojej szafki, kiedy ujrzałem Nialla. Otworzył swoją szafkę, a z niej wysypało się z tysiąc kartek. No dobra, nie aż tyle, ale trochę tego było.
Podszedłem do blondyna i pomogłem mu pozbierać kolorowe, jak się okazało, jego zdjęcia sprzed jakiegoś czasu. Przedstawiały one nagiego Horana, odzianego tylko w dmuchane kółko w kształcie kaczki, które zasłaniało jego krocze. Na ramionach miał różowe pływaczki. Płakał na tym zdjęciu.
Nie mogłem bardziej przyjrzeć się fotografii, gdyż została mi ona brutalnie wyrwana z ręki.
- Przepraszam cię za to, Niall – szepnąłem, a chłopak spojrzał na mnie jak na kretyna.
- Przecież to nie ty włożyłeś mi te zdjęcia do szafki . – wymamrotał blondyn.
- Dlaczego myślisz, że to nie byłem ja? – naprawdę zainteresowało mnie jego stwierdzenie. Przecież byłem „tym popularnym”. Tym, który powinien upokarzać słabszych.
Patrzyłem w jego niebieskie tęczówki. Nigdy nie przyjrzałem się mu dokładnie, co było dla mnie nietypowe. Zazwyczaj analizowałem każdy najdrobniejszy szczegół moich znajomych. Właśnie, znajomych. Z nim nie zamieniłam nawet słowa. Poza dzisiejszym dniem.
- Dlaczego z nim rozmawiasz? – obok nas pojawiła się Amber i zmierzyła blondyna wzrokiem. Następnie wybuchła śmiechem widząc zdjęcia dokoła Nialla.
- Proszę, proszę – wzięła jedną kartkę w dłoń – nie wiedziałam, że nasz Horanek tak uczył się pływać.
Niall wyrwał jej fotografię z dłoni i pobiegł do męskiej łazienki, zostawiając ten cały bałagan na korytarzu. Uczniowie zaczęli  się już schodzić do klas. Wśród nich ujrzałem nieodłącznego od Josha  Harry’ego. Devine wybuchnął śmiechem, gdy ujrzał zdjęcia Irlandczyka, a Styles wyglądał na rozdartego: śmiać się, czy nie.
- Gratuluję, Walsch. – rzuciłem w jej stronę zbierając kartki – Udało ci się zniszczyć życie Liama, to przerzuciłaś się na Nialla? Co oni ci, do cholery jasnej, zrobili, co?!
Walsch przyglądała mi się ze zdziwieniem. O tak, nie często w tej szkole ktoś popularny jak ja, broni kogoś, kto jest nikim – jak Horan. Widowisko świetne!
- Nie zasługujesz na miano przewodniczącej szkoły. Nie po krzywdach, jakie wszystkim wyrządziłaś. – warknąłem w jej stronę i wrzuciłem wszystkie zdjęcia, które trzymałem w dłoniach, do śmietnika.
Pobiegłem w stronę męskiej łazienki, jednak zanim tam wszedłem ujrzałem Katelyn… Tarver. Stała pod klasą, podpierając się o swoje kule i patrzyła na mnie zza swoich okularów-kujonek. W jej jasnych tęczówkach ujrzałem dumę i nadzieję.
Popchnąłem drzwi i wszedłem do ubikacji. To, co tam zobaczyłem przeszło moje oczekiwania. Nawet te najgorsze.

News from High School:
Wczoraj, w naszym liceum, po lunchu, znaleziono w męskiej łazience chłopaka, Nialla H., który usiłował popełnić samobójstwo. Świadkowie twierdzą, że nikogo nie było w pomieszczeniu, więc nikt nie był w stanie spróbować zabić chłopaka.
Kapitan szkolnej drużyny piłkarskiej, Louis Tomlinson, nie chciał nam odpowiedzieć na pytania, więc na więcej informacji musicie poczekać do pory dzisiejszego lunchu.
Dziękuję za uwagę, wasza Harriet Cooper.

I tak przez cały dzień.
Od czasu, kiedy znalazłem Nialla w łazience, nikt nie daje mi spokoju. Non stop jestem zmuszony przysłuchiwać się paplaniny ludzi, którzy twierdzili , iż moje zachowanie było wielkim heroizmem. Widać nie znali definicji tego pojęcia. Przecież ja go TYLKO znalazłem.
Od razu zadzwoniłem po ambulans i napisałem do Zayna, żeby przyszedł. Sprawdziłem puls blondyna, a kiedy udało mi się go wyczuć, odetchnąłem z ulgą. Rozejrzałem się wtedy dokoła siebie. Wszędzie była krew, a przy samym ciele Nialla leżał nóż. Chłopak zadał sobie rany cięte w żyły. Z tego, co się dowiedziałem, to dość głęboko i gdybym na czas nie wezwał pomocy, Horan byłby już martwy.
- To, co zrobiłeś wczoraj było godne podziwu. – przede mną stanęła brunetka o piwnych oczach i ciemnej karnacji. Nie znałem jej i nie miałem zamiaru poznawać.
- Tsa, każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. – odparłem znudzony.
Dziewczyna chciała coś jeszcze powiedzieć, ale właśnie obok nas przechodziła Ariana i Cher, więc postanowiłem zaryzykować i uciec od brunetki.
- Sorry, muszę lecieć. – rzuciłem w jej stronę i pobiegłem do dziewczyn.
Cher zmierzyła mnie wzrokiem.
- Nie pomyliłeś może znajomych? – zdziwiła się czerwono-włosa.
- Jesteście jedynymi dziewczynami w szkole, które radzą sobie z podłością Amber. – wpatrywałem się w Lloyd, z nadzieja, że zrozumie to, co chciałem im powiedzieć – Mam jej serdecznie dość. Doprowadziła Nialla do samobójstwa…
- Które mu nie wyszło. – wtrąciła się w moją wypowiedź Cher – na szczęście.
Hm, nie powiedziała, że „dzięki mnie” jak to zwykle uczniowie mówili. Dziękuję.
- Wiem, że macie swoje sprawy.. niedługo bal i całe te ceregiele, ale, czy mógłbym was prosić o przysługę?
Spojrzały po sobie. Pierwsza głos zabrała Lloyd.
- Niepotrzebnie grałeś takiego dobrego kolesia, Tomlinson. Nie bawimy się w zemsty.
Już chciała odejść, kiedy złapałem ją za nadgarstek i spojrzałem w oczy, mając jednak nadzieję, że uda mi się ją przekonać do mojego planu.
- Przecież ty jej nienawidzisz. To ty chciałaś ją pokonać w wyborach samorządowych, to ty stanęłaś w obronie Liama i Nialla, kiedy Walsch kłóciła się z Zaynem…
- Ale nie jestem osobą, która sprawia ból, Louis.
Nie spuszczałem z niej wzroku. Podobnie jak ona ze mnie. To musiało być dla niej zdziwienie, e zagadnąłem do niej w czasie zajęć lekcyjnych, nie poza nimi, np. na treningu.
- Puścisz mnie, czy mam zacząć krzyczeć? – zapytała, a  w jej oczach ujrzałem ból.
Poluzowałem uścisk na jej dłoni i zrobiłem krok do tyłu. Dziewczyny poszły w swoją stronę, a ja nadal stałem w jednym miejscu i patrzyłem za ich sylwetkami, które zniknęły za rogiem.
Co się stało z Cher, że potraktowała mnie w taki sposób? Nigdy nie okazywała wobec mnie aż takiej wrogości. Czy ja stawiałem się aż takim potworem?
Skierowałem się do klasy od hiszpańskiego. Po drodze spotkałem trenera Somerhaldera.
- Po szóstej lekcji widzę cię na treningu, Tomlinson. Przekaż chłopakom i tej małej…
- Tsa, jasne. – wymamrotałem pod nosem i wszedłem do klasy, gdzie pani Gomez już sprawdzała listę obecności.


|Cher Lloyd|
Wieczór poza domem dobrze by mi zrobił. Wręcz byłby wskazany, a już procenty to musiałyby być na pierwszym miejscu!
Spojrzałam na wyświetlacz swojego telefonu. Była godzina osiemnasta trzydzieści. Od dwudziestu minut czekam na telefon od Ariany. Obiecała, że dowie się, czy możemy wpaść do niej z Shelley’em, na małego grilla.
Dźwięk dzwonka rozniósł się po moim pokoju.
- I jak? – zapytałam.
- Brat u kumpla, dorosłych brak! – ucieszyła się moja przyjaciółka – George będzie u mnie za dosłownie… - po drugiej stronie urządzenia usłyszałam pukanie do drzwi, po czym śmiech Grande - … teraz. Czekamy na ciebie, Cher.
Uśmiechnęłam się do siebie i poderwałam się z łóżka.
- Będę za dziesięć minut! – powiedziałam i się rozłączyłam.
Zarzuciłam na siebie czarną bluzę, na nogi trampki, a do kieszeni schowałam swoje klucze od domu i telefon. Zbiegłam na dół i odszukałam swoją mamę. Zauważyłam ją przy lodówce, zawzięcie piszącą po jakieś białej karteczce.
- Mamuś, wychodzę do Ariany. – stanęłam w progu i czekałam na reakcję rodzicielki – Robi małego grilla.
Kobieta uniosła na mnie swój wzrok zmarszczyła brwi.
- O której będziesz? – jej ton głosu był chłodny, co było do niej nie podobne.
- Ehm, - zamyśliłam się – wydaje mi się, że zostanę u niej na noc?
Bardziej zapytałam, niż stwierdziłam.
- Jurto punkt jedenasta widzę cię w tym oto miejscu. – odparła i wróciła do pisania – Jakby mnie nie było, to Lucy ma pełne prawo dać ci karę za spóźnienie.
- Oczywiście – szepnęłam szybko – Dziękuje. Dobranoc.
Wręcz wybiegłam z domu i skierowałam się do domostwa przyjaciółki. Ariana mieszkała kawałek ode mnie, lecz nie na tyle duży, abym musiała wzywać taksówkę.
Po siedmiu minutach byłam na miejscu i moim oczom ukazał się dym dochodzący z grilla, stojącego z przodu domu. Shelley stał przy urządzeniu i podkładał węgiel, a Ari siedziała okryta kocem na ławce-huśtawce. Gdy mnie ujrzała, uśmiechnęła się wesoło i poklepała miejsce obok siebie. Usiadałam przy przyjaciółce i zaczęłyśmy obgadywać George’a, który siłował się z grillem. Otóż, chłopak nie miał zielonego pojęcia, w jaki sposób dokłada się do tego jakże trudnego w obsłudze urządzenia.
- Musisz podmuchać, żeby się rozżarzyło – poinstruowałam go, jednak po brunecie moje słowa spływały niczym woda po kaczce – Cholera, Shelley, pokaż mi to!
Wstałam z ławki-huśtawki i stanęłam przy grillu, odpychając delikatnie chłopaka. Dmuchnęłam w węgielki. Powtórzyłam tę czynność kilka razy, aż do momentu, kiedy całkowicie nie zajęły się ogniem.
- Przez ciebie będę cuchnęła dymem – jęknęłam, siadając na powrót obok Ariany.
George postawił na ruszcie kiełbaski i wziął puszki z piwem w dłonie, podając po jednej nam.
Shelley usiadł po jej drugiej stronie i cała nasza trójka zaczęła wpatrywać się w gwiazdy.
- Dlaczego tak dziwnie się zachowałaś, kiedy Louis zaproponował ci zniszczenie Amber? – zagadnęła Ariana, zagłuszając w ten sposób ciszę.
Westchnęłam cicho.
- Co? Tomlinson chciał, żebyś z nim współpracowała? Co? – Geo nie był w stanie wydusić z siebie niczego więcej poza głupimi pytaniami.
Skinęłam mu głową.
- Chciał, żebyśmy obie pomogły mu ukazać szkole jaka jest naprawdę Walsch.
- A ty się nie zgodziłaś, bo? – drążył temat Shelley, a ja milczałam. – Boże, Lloyd. Nie poznaję cię. Zawsze jej nienawidziłaś i dążyłaś do jej końca, a teraz co? Wątpię w to, żebyś się jej bała, bo jako jedyne sprzeciwiacie się tej suce.
- Mówisz tak samo, jak Louis – zauważyłam –, a w ogóle to nie powinna być twoja sprawa. Jedyne, co mnie teraz interesuje to, to dlaczego Payne’owi opuścili swój dom.
- Cholera, słyszałam, że policjanci znaleźli ciało Liama. Boże, to okropne. – odparła smutno Ariana – Przecież niedawno był w szkole i…
- I Amber doprowadzała go do łez? – dokończyłam za nią.
Byłam już nieco zdenerwowana, więc nawet nie wiedziałam, kiedy opróżniłam całą swoją puszczę piwa.
- Uważasz, że mogłaby zabić Liama? Proszę cię. – zaśmiał się Shelley – Przecież ona nawet na biologii boi się spojrzeć na słoik z oczami krowy, czy serce świni!
- Rany boskie, George, o czym ty gadasz? – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Mówię, że Walsch nie zabiłaby Payne’a.
Pokiwałam przecząco głową.
- Ale Nialla do samobójstwa doprowadziła. – zauważyłam, a brunet zamilkł.
- Prawie – podkreślił chłopak.
- Wydaje mi się, że powinniśmy pójść do domu Payne’ów i sprawdzić, czy czegoś tam nie znajdziemy, co ułatwiłoby dotarcie do Liama.. – szepnęła Ariana.
Pogubiłam się w jej słowach.
- Przed chwilą sama mówiłaś, że Liam nie żyje, a teraz chcesz szukać, Bóg wie czego w jego pustym domu? – zdziwił się George, odkładając puszkę po piwie na trawę.
- Ari ma rację. Musimy to sprawdzić, inaczej nie dowiemy się, co się stało. – zgodziłam się z przyjaciółką – Trzeba się umówić, co do dokładnej godziny i.…
- Ja pierdolę, wy jesteście szurnięte! – zaśmiał się nasz towarzysz, za co dostał po głowie od mojej przyjaciółki – Chcecie szukać czegoś, czego nie ma, nie istnieje. Właśnie, czego tak właściwie oczekujecie? Znalezienia listu pożegnalnego Payne’a?
Jego słowa były przesiąknięte sarkazmem.
- Choćby nawet, to ja nie widzę w tym nic złego. – odparła dumnie Grande – O, Katelyn, hej!
Pomachała do blondynki, która kroczyła ku nam. Shelley spoważniał i ustąpił miejsca naszej koleżance. Tarver usiadła na jego miejscu i podziękowała uśmiechem. Geo przyniósł jej piwo i rozsiadł się na trawie, przed nami, kątem oka zerkając na grilla, czy aby nasze kiełbaski się nie zwęgliły.
- O czym tak sobie gawędzicie, co? – zapytała blondyna.
Nim Shelley zdążył coś odpowiedzieć, wyręczyła go Ari:
- Nie wierzymy w to, że Liam umarł. – jej słowa brzmiały bardzo poważnie – Razem z Cher, chcemy sprawdzić jego dom.
Blondynka zlustrowała nas swoimi jasnymi oczami, zatrzymując wzrok na brunecie.
- Ja nie mam z tym nic wspólnego – wybronił się chłopak.
- Georgie przesadzasz, przecież i tak nikt tam nie mieszka! – rzuciłam w jego stronę.
- Policja przeszukiwała ten dom. Nie ma szans na to, żebyście coś znalazły. – odparł chłopak.
Ariana z Katelyn wymieniły dziwne spojrzenia, po czym czerwono-włosa przeniosła swoje czekoladowe tęczówki na Shelley’a.
- Czyżby nasz mały Geo się bał? Och, patrzcie się! Słynny George Shelley, brat Harry’ego Stylesa boi się zakraść do opuszczonego domu! – zachichotałam na słowa przyjaciółki.
Chłopak wywrócił oczami i wstał z trawy. Podszedł do grilla i zaczął coś nucić pod nosem.
- Uderzyłaś w jego słaby punkt – usłyszałam głos zza krzaków, po czym naszym oczom ukazał się brunet z lokami na głowie z papierosem w lewej dłoni – George nienawidzi jak ktoś, a zwłaszcza dziewczyna, wytyka mu strach.
Zaciągnął się dymem  i wypuścił go w przeciwną stronę do nas.
Założyłam dłonie na piersi i lustrowałam chłopaka wzrokiem.
- Za to ja nienawidzę ciebie, Styles – fuknęłam pod nosem, jednak chłopak musiał to usłyszeć, gdyż przyjrzał mi się uważniej.
Geo, gdy ujrzał swojego brata, skrzywił się nieznacznie i usiadł naprzeciwko nas, jak poprzednio. Po prostu zignorował Stylesa.
- Ty i ta twoja szczerość, Cherry – uśmiechnął się zadziornie zielonooki i wyrzucił pet w krzaki.
- Cher – poprawiłam go, po czym spojrzałam na przyjaciółkę. Wpatrywała się w Harry’ego z dziwnym wyrazem twarzy. Nietypowym dla niej. Szturchnęłam ją. Nic, zero reakcji.
 - Może chciałbyś dołączyć? – zapytała go Grande, a ja zrobiłam wielkie oczy.
Styles zrobił kilka kroków ku nam.
- Nie da się odmówić tak pięknej dziewczynie, Ariano. – uśmiechnął się do niej.
- Ugh, jeśli on ma tutaj być, to ja spadam. – westchnął George i podniósł się z ziemi.
Dajesz Cher, to twoje koło ratunkowe. Nim Shelley odszedł, wstałam z ławki-huśtawki i zaczęłam iść ku niemu.
- Geo, czekaj! – zawołałam, a ten się odwrócił. Ostatni raz spojrzałam na Katelyn i Arianę – Do zobaczenia w szkole.
Powiedziałam i dogoniłam przyjaciela.


______________________________________________________________________
Boże, przepraszam to jest cholerny niewypał!
Wyszedł trochę ZA długi, ale nie miałam serca niczego kasować.
olka, xoxo

Followers