Opowiadanie o uczniach, zamieszkałych w Bradford – niewielkiej miejscowości w Anglii. Tak jak to bywa w szkolnym społeczeństwie: byli ci popularni i szare myszki; wysportowani i ścisłowcy; kujoni i piękne zdziry.

Zwyczajne, angielskie życie nastolatków: imprezy, alkohol, seks, narkotyki, kompromitacje, szkoła.

Jedna rzecz zmieniła Liceum.

Potem rodziny.

Miasto.

Ich.

wtorek, 28 maja 2013

Rozdział 2



Tak trochę z innej beczki ten rozdział. : )
___________________________________________________________

|Liam Payne|
Stanąłem przed drzwiami od gabinetu mojego ojca i zawahałem się na chwilę. Nie byłem pewien, czy robię dobrze, ale coś szeptało do mojej podświadomości, abym podjął tę próbę i pokazał ludziom, że jestem silny.
Zapukałem.
Usłyszałem głos swojego ojca, który pozwolił mi wejść do środka. Tak też zrobiłem.
Zamknąłem za sobą drzwi i zrobiłem dwa kroki do przodu, ku biurkowi, za którym siedział Geoff Payne - mój ojciec - a zarazem profesor na IV Uniwersytecie Bradfordzkim.
Jego wzrok, znad książki, przeniósł się na mnie, co było peszące. Jeszcze nigdy nie przyszedłem do jego gabinetu. Jego oazy spokoju, jego sakrum i jednocześnie miejsca odpoczynku.
- Po co przyszedłeś, Liam? - zwrócił się do mnie, jednak wrócił do wertowania książki.
Milczałem.
Zauważył moje wahanie, więc zdjął ze swojego nosa okulary i zmroził mnie spojrzeniem.
- Nie mam czasu na jakieś gierki, smarkaczu. - warknął - Wypad. Do nauki.
Nadal stałem i badawczo go obserwowałem. Podniósł swój głos i ponownie kazał mi wyjść z jego gabinetu.
Nie ruszyłem się z miejsca.
- Jesteś tak samo głupi jak twoje siostry i matka. - stwierdził to już niejednokrotnie, jednak dzisiejsze wyznanie sprawiło, że aż się we mnie zagotowało.
Mnie mógłby nawet zabić, ale nie miał prawa obrażać mojej mamy, ani Ruth czy Nicoli. Obie zostawiły nas i wyjechały z Bradford, a powodem był właśnie ojciec. Zawsze wyzywał, krzyczał na nie, a nawet i bił.
Ruth zareagowała jako pierwsza. Rok temu spakowała swoje rzeczy i zniknęła. Dzwoni raz na jakiś czas, ale nie przyjeżdża. Za bardzo się go boi.
Z Nicolą było inaczej. To ja namówiłem ją, żeby w końcu uciekła. Nie chciałem patrzeć na jej cierpienie, a dzięki temu, że zdobyła stypendium na studia w Dublinie - miała świetną okazję. Jednak dla Geoff'a, to wyróżnienie nie spełniało jego wymagań. Chciał, aby jego córka uczyła się na najlepszym uniwersytecie na świecie, więc zabronił jej tam wyjeżdżać.
Moja siostra zrezygnowała z niego tak łatwo jak tylko mogła to ukazać ojcu. Jednak ja wiedziałem, jak bardzo jej na tym zależy, więc pomogłem jej wydostać się z tego okropnego miejsca.
Matka, Karen, była uziemiona. Nie potrafiła nam w żaden sposób pomóc, ponieważ bała się Geoff'a równie mocno, co moje siostry i ja. Tylko, że teraz miarka się przebrała i nie pozwolę więcej na to, żeby jakiś stary frajer ranił moją rodzinę. Dlatego tutaj jestem.
Szkoda, że to ty masz opinię kujonowatego frajera w szkole, Payne, przeszło mi przez myśl. Taka była prawda, ale tylko na zawołanie mojego ojca. To on wywoływał na mnie presję, abym cały czas się uczył, nawet w weekendy, czy dni wolne od szkoły. Chciał, żebym był najmądrzejszy. Nie liczył się ze zdaniem, że może ja tego nie chciałem. Ale robiłem. Uczyłem się, aby nie dostać w mordę. Uczyłem się, by w malutkim stopniu uchronić matkę przed ciężką ręką mojego ojca. Robiłem to dla niej.
- Wyjeżdżam. - powiedziałem spokojnie.
Wiedziałem, co teraz nastąpi:
Śmiech.
Wybuch.
Krzyk.
Śmiech.
Groźba.
Moja porażka.
Tak jak myślałem, w dokładnie takiej samej kolejności, Geoff'a twarz zmieniała swój wyraz. Akurat, kiedy chciałem coś dodać, wszystko, co było na biurku znalazło się na podłodzie. Doszedł do szału, po moim jednym słowie.
Podszedł do mnie na tyle blisko, aby móc, prawie, wsadzić mi palec do oka. Twarz miał czerwoną od gniewu, a oczy zaszły mu dziwną błoną, jakby był ślepy jednocześnie ciskając swoim spojrzeniem błyskawicami.
Stałem niewzruszony.
- Nie pozwalaj sobie za dużo, gnojku. Już ja wiem, co chcesz przez to osiągnąć, ale to ci się nie uda. Oj, nie. Nie ze mną te numery - warknął mi w twarz, przez co poczułem jak jego ślina moczy mi policzki.
- Wyjeżdżam. - ponownie powiedziałem pewnym głosem - I nic na to nie poradzisz. Jestem pełnoletni i mogę o sobie decy...
- Pełnoletni nie oznacza dorosły! - wrzasnął, przerywając mi wypowiedź - Jazda do nauki, a nie będziesz mi tutaj wyskakiwać z jakimiś nastoletnimi bzdurami! Sio!
Odwrócił się i podszedł do swojego biurka. Jednak ja nadal stałem i patrzyłem na niego swoimi oczami.
Kiedy się odwrócił, spiorunował mnie wzrokiem i ponownie zbliżył się do mnie, przy tym ściągając pasek od spodni.
Nadal stałem. Ani drgnąłem.
- Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi, zasrańcu? - pasek już był przygotowany do dalszych czynów - Może TO zrozumiesz!
Nie minęło pięć sekund, a zostałem obdarowany tuzinem, nieopanowanych, mocnych uderzeń ze strony swojego ojca. Bił mnie po plecach, nogach, brzuchu, nawet oberwałem w głowę... Jednak starałem się nie ukazywać tego, że coś mnie boli.
Ostatnie, najmocniejsze i najbardziej bolesne uderzenie sprawiło, że upadłem na podłogę. Do oczu napłynęły mi łzy, a Geoff stał nade mną z paskiem w jednej dłoni, a jakimś ostrym przyrządem w drugiej. Poczułem, że to będzie ostatni, o wszystkim znaczący, cios, jaki wymierzy mężczyzna.
Zamachnął się, a ja zamknąłem oczy i...

|Cher Lloyd|
Biegłam już piąte kółko z rzędu (które liczyło około 1,5km) i musiałam przyznać, że ledwo, co mogłam już oddychać. Chłopcy byli kilka metrów przede mną, a ja widziałam w ich gestach satysfakcję z tego, że wymiękłam.
Spojrzałam przed siebie i zwolniłam. Do końca zostało mi jeszcze około 1km. Obliczyłam swoje szanse na to, czy uda mi się ukończyć wyścig, jednak szanse na to równały się z zerem. Jak nie zemdleję za minutę, to będzie chyba cud!
- Cher, wszystko okej? - ku mojemu zdziwieniu, obok mnie pojawił się Louis.
Widocznie musiał zauważyć moje zmęczenie i sprawdzić, o co chodzi.
Skinęłam mu głową, jednak zamiast odpowiedzi twierdzącej, zakołysałam się lekko i wpadłam na chłopaka, który przytrzymał mnie, nadal biegnąc.
- Powinnaś już sobie odpuścić ten odcinek. - powiedział z troską w głosie.
Zerknęłam na niego. Jego włosy opadały bezwładnie na spocone czoło, a biała koszulka była mokra, spodnie, czarne, były na tyle maskujące pot, iż, gdyby nie to, że wiedziałam, ile potrzeba wysiłku do takiego biegu, to powiedziałabym, że Tomlinson w ogóle się nim nie zmęczył.
- Poradzę sobie. Dzięki za troskę. - szepnęłam.
Słyszałam jak mój głos się załamuje. To także przykuło uwagę kapitana drużyny.
Szatyn stanął w miejscu i jednym ruchem zatrzymał mnie.
- Cher, proszę. - spojrzałam mu w oczy - Zejdź na ławkę i odpocznij chwilę. Nie chcę, żebyś zasłabła.
Wywróciłam oczami, ciężko dysząc.
- Nie chce tego kapitan, czy Louis? - to pytanie męczyło mnie od jakiegoś czasu.
Chłopak nieustannie mi się przyglądał.
- Co tutaj się dzieje? - obok nas pojawił się Ian Somerhalder, nasz trener - Tomlinson, Lloyd dokończcie odcinek.
Louis wpatrywał się we mnie. Mogłabym przysiąc, iż walczyliśmy na spojrzenia.
- Ona już skończyła. - powiedział szatyn i pobiegł w stronę mety.
Trener zmierzył mnie wzrokiem, po czym przeniósł wzrok na dobiegającego już do końca Louisa.
Oparłam swoje dłonie na kolanach i pochyliłam się do przodu, aby łatwiej mi się oddychało. Nie chciałam kłócić się z Tomlinsonem. Wystarczyło mi to, że miałam kłopoty w domu.
- Nie wiem, co ten małolat w tobie widzi, ale powinnaś wiedzieć, że gdyby nie jego poparcie, już dawno wyleciałabyś z drużyny. - wymamrotał Somerhalder i ruszył w stronę chłopaków.
Te słowa obijały mi się w głowie, kiedy dołączałam do reszty teamu. Czyli wychodziło na to, że wczoraj, podczas naboru do kadr drużyny piłkarskiej, gdyby nie Tomlinson, nie miałabym czego tutaj szukać? Dlaczego trener postanowił mnie z powrotem przyjąć, skoro wątpił w moje umiejętności?
Doszłam do wniosku, że będę musiała się kiedyś zapytać Louisa, dlaczego wstawił się za mną.
Kiedy dotarłam do reszty drużyny, usiadłam na murawie po turecku i poczęłam się wpatrywać w chłopców. Znałam tutaj tylko Louisa, ale tak naprawdę go znałam, bo reszty pamiętałam tylko imiona.
- Za dwa tygodnie mecz z Liceum Thirlwall. Do tego czasu musicie być w pełnej kondycji - tutaj spojrzał na mnie - i pokazać, że my jesteśmy od nich lepsi.
Rozejrzałam się dookoła siebie. Toby, bramkarz, stał z Maxem i wsłuchiwali się w słowa trenera. Za to Louis i Zayn, nasz napastnik i pomocnik, nie byli zbytnio zainteresowani monologiem Somerhaldera. Rozglądali się wokół siebie pogrążeni w myślach. Reszta chłopaków była w podobnym nastawieniu, co nasz kapitan i jego kumpel. Nikogo nie obchodziły słowa trenera, bo zawsze przegrywaliśmy z tym liceum. Od pięciu lat, nie zdobyliśmy nad nimi przewagi nawet jednym golem.
Ujrzałam, że ku nam idzie Styles. Ach, zapomniałam. Dostał się wczoraj do kadry. Ja zostałam, on się dostał i taki jeden Josh Devine, który swoją drogą, zaczął kumplować się z Harrym i przy okazji nieźle działać mi na nerwy.
- Witam trenerze i przepraszam trenerze. - uśmiechnął się do niego Styles i stanął przed nim - Pogubiłem się. Macie dużą szkołę.
- Więcej się nie spóźniaj, a teraz trzy okrążenia!
Somerhalder wrócił do swojej przemowy.
- Jedyną nadzieją, w tym meczu jest Tomlinson i Malik. - spojrzał na nich - Jednak przekonamy się o tym dopiero za dwa tygodnie. Dotychczasowe umiejętności nie wystarczą nam do pokonania Thirlwall. Oni mają na swoim koncie więcej zwycięstw niż udałoby wam się zliczyć!
- My mamy małą Lloyd, więc powinniśmy wygrać. Nie ma co! - po słowach Josha, wszyscy wybuchnęli śmiechem. Prawie wszyscy. Trener zmroził go wzrokiem, podobnie jak Zayn i Louis - No co? Wszyscy dobrze wiemy, że dziewczyna nie potrafi grać, a jest tutaj tylko dlatego, że k-o-m-u-ś, nie powiem komu, wpadła w oko.
Ponownie chłopcy się zaśmiali. Poczułam się głupio.
- Jestem tutaj i cię słyszę, Devine! - odparłam, czując jak ogarnia mnie fala gorąca i przykrości jednocześnie. Chociaż ta pierwsza była w znacznej przewadze, bo, co do poniżania mnie byłam już przyzwyczajona.
Chłopak prychnął.
- Piłka nożna nie jest dla dziewczyn...
- Tak samo jak dla frajerów, Josh. - powiedział spokojnie Malik.
W odpowiedzi wszyscy się zaśmiali. Dziękowałam mu w duchu, że cokolwiek powiedział, inaczej zżarliby mnie na lunch.
- No, już koniec dzieciaki. - głos zabrał trener. W tym samym momencie Harry do nas dołączył - Składy takie same jak zawsze i gramy! Harry, będziesz w drużynie Zayna. Josh, do przeciwnej.
Koszulki kontra ci bez nich. Musiałam być w tej pierwszej drużynie, bo nie wyobrażałam sobie biegania w samym staniku po boisku. To byłoby zbyt rujnujące i nieetyczne.
Zawiązałam sobie krańce białej koszulki na brzuchu i pobiegłam na swoje miejsce - pomocnika. Harry zajął miejsce z drugiej strony boiska, a Lou, jako napastnik pośrodku.
Zaczęliśmy grę.

*

Wyszłam z łazienki, owinięta w biały ręcznik i usiadłam na ławeczce w damskiej szatni. Szybko się przebrałam w czarne, dresowe spodnie i szarą bokserkę. Włosy spięłam w koka, a na nogi założyłam buty Nike. Chwyciłam swoją torbę i wyszłam z pomieszczenia.
Za drzwiami wpadłam na Zayna, który rozmawiał przez telefon. Szepnęłam ciche "cześć" i nie czekając na odpowiedź, wyszłam z hali, przed którą czekała na mnie Ariana.
Przywitałam się z nią i ruszyłyśmy w stronę wyjścia z terenu szkoły.
- Jak trening? - zagadnęła mnie przyjaciółka.
Westchnęłam cicho.
- Cóż byłby to za dzień, gdyby mnie nie poniżono? - spojrzałam na Grande.
- Dlaczego aż tak ci zależy na tej drużynie? Przecież nie interesowałaś się wcześniej futbolem.
Uśmiechnęłam się do przyjaciółki, poprawiając kosmyk włosów, który gdzieś mi się zawieruszył.
- Na boisku czuję, że chce mi się żyć i wszyscy na mnie patrzą. Nie to, co w szkole, czy domu. - odparłam.
Przechodziłyśmy właśnie obok ławki przy bocznym wyjściu z terenu szkoły. Coś przykuło moją uwagę, a raczej kogoś brak.
- Ej, czy o tej porze nie powinien tutaj siedzieć Liam? - spojrzałam pytająco na Arianę, która przeniosła swój wzrok na ławkę, po czym na mnie.
- Może zachorował, czy coś. - wzruszyła ramionami.
- Ari, Liam Payne od podstawówki nie chorował. - nałożyłam nacisk na każde słowo, aby podkreślić ich znaczenie.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. - powiedziała dziewczyna - A ten nowy, Harry...On też gra, no nie?
Tak szybko jak było to możliwe, zapomniałam o Liamie i opowiedziałam Grande o tym, w jaki sposób Styles zasłynął na powitanie na naszym treningu.

*

Usiadłam do swojego biurka i otworzyłam zeszyt od historii. Wlepiłam swój wzrok w daty w nim napisane i przypisane ku nim wydarzenia. Wszystko zaczęło mi się rozmazywać po niecałych dziesięciu minutach.
Przeniosłam swój wzrok na zegarek, znajdujący się przede mną. Dochodziła północ. Jutro miał być już piątek, a potem pierwszy weekend w tym roku szkolnym. No i oczywiście sprawdzian z historii, który profesor Carter zapowiedział kilka dni przed wakacjami. Nie wiedziałam, który z moich znajomych będzie się uczył w wakacje, ale rzeczą oczywistą było to, iż ja tego nie robiłam.
Jutro najbardziej znaczący sprawdzian w pierwszym semestrze, a ja robię wszystko, aby tylko się nie uczyć. Bo po co komu zapamiętać te wszystkie bitwy, wodzów, najeźdźców... nie potrzebne jest to mi do niczego.
Przemyślenia przerwał mi dźwięk mojego telefonu.
Szybko odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Cher, jest sprawa. - poinformował mnie od razu właściciel męskiego głosu.
Zdezorientowana odsunęłam komórkę od ucha i spojrzałam na podświetlony ekran mojego iPhone'a. Widniało na nim zdjęcie George'a z frytkami jako zębami i kubkiem po coli na głowie.
Ponownie przysunęłam urządzenie do ucha.
- Shelley? - zapytałam ze zdziwieniem - Nie spodziewałam się telefonu od ciebie. Nie w o tej porze. Myślałam, że twój braciszek zorganizował jakąś dziką balangę i...
- Och, daruj sobie, Lloyd. - przerwał mi chłopak - Harry nie jest taki jak ci się wydaje.. a z resztą, nie dzwonię po to, żeby gadać o tym palancie.
Uśmiechnęłam się do siebie.
- Więc nie tylko ja w ten sposób myślę o twoim bracie? - zaśmiałam się - Wal, co się dzieje, że byłeś zmuszony wykręcić numer właśnie do mnie, huh?
- Mieszkasz obok Payne'a, nie? - potwierdziłam jego słowa - Byłem z nim dzisiaj umówiony na korki, ale nie przyszedł...
- I co mam z tą informacją zrobić? - przerwałam mu.
Jednak zmartwiłam się nawet tym. Liam nigdy nie odpuściłby dnia szkoły, a co dopiero korepetycji z Geo.
- Mogłabyś przejść się do niego i sprawdzić, czy jest w domu?
Wstałam z krzesła i podeszłam do swojego okna. Stanęłam przy nim i odgarnęłam firankę, by przez nie wyjrzeć. Na ulicy stał tylko samochód mojej mamy, obok śmietnik, auto sąsiadów. Na przeciwko także stało czarne audi należące do ojca Liama. Na dole, w domu Payne'ów świeciło się światło, ale tylko w tym pomieszczeniu, co było dziwne, bo syn małżeństwa zawsze miał zapalone światło w swoim pokoju o tej porze.
- George, to dziwne, nawet jak na ciebie. - stwierdziłam, przyglądając się poruszającej się postaci w środku, po drugiej stronie ulicy.
Chłopak po drugiej stronie telefonu milczał.
W tym samym momencie, kiedy chciałam coś powiedzieć, drzwi od ich domu się otworzyły, a w nich stanął ojciec szkolnego kujona. Ciągnął za sobą potężne walizki, a za nim truchtała jego żona. Nie mogłam dojrzeć ich twarzy, ponieważ jedynym oświetleniem była lampa, stojąca przy śmietniku, która światła dużego na obie postacie nie rzucała.
- Geo, co się dzieje? - zagadnęłam. Nie spuszczałam wzroku z sąsiadów.
- Moja mama pracuje w dziale marketingu u Stewartów razem z Karen Payne, pamiętasz? Mówiłem wam kiedyś o tym. - jego głos wydawał się być dziwnie przygaszony, inny. - Dowiedziała się, że Payne zrezygnowała z pracy. Odeszła, ot tak, dzisiaj, bez żadnego wyjaśnienia.
- Nie rozumiem. Co to ma wspólnego z Liamem?
Ojciec chłopaka zapakował bagaże do czarnego audi i zasiadł za kierownicą. Kobieta stała jeszcze chwilę przed domem i wpatrywała się w jeden punkt. Po chwili i ona weszła do pojazdu.
- George, Payne'owie właśnie się spakowali i pojechali. - szepnęłam.
- Jesteś tego pewna?
- Przecież na własne oczy widziałam! - podniosłam głos.
- W takim razie to wyjaśnia, dlaczego Liam nie pojawił się w szkole i na korkach... - odparł niepewnie mój rozmówca.
Pokręciłam przecząco głową, mimo tego, iż wiedziałam, że nie będzie on w stanie tego zobaczyć. To wszystko wydawało mi się być dziwne.
- Liam nie... - zaczęłam, po czym odetchnęłam, aby kontynuować - Liama nie widziałam, George.
- Dobra - szepnął - Nie wysuwajmy pochopnych wniosków. Przecież zaczął się sezon na przeziębienia. Może Payne'a coś złapało, a rodzice go umieścili w jakimś odizolowanym od wszystkich szpitalu i sami tam jadą. Wszyscy by gadali, gdyby się dowiedzieli o tym, że syn profesorka jest chory, a przypuśćmy, że zaraźliwie... to dopiero byłaby afera! - zrobił pauzę na chwilę - Sama wiesz, że to jedna z wielu rodzin, której zależy na opinii innych. Najprawdopodobniej nasz kujon jest teraz z 200km za miastem i świetnie się bawi w niebieskiej piżamce w kaczuszki i w zielonej sali szpitalnej, z twarzą ubazgraną białą maścią.
Nie podobał mi się sposób, jakim wyrażał się Shelley o Liamie. W końcu, przypuszczalnie, mógłby wyjechać i PRZYPUSZCZALNIE nie powiedzieć o tym nikomu, bo przecież Liam Payne nie ma przyjaciół.
- Cher, jesteś tam? - usłyszałam pytanie z głośnika od mojego telefonu.
- Tak, tak. - odpowiedziałam szybko - Masz rację. Pewnie jest ciężko chory i leży w izolatce. - odparłam na odczepnego, pogrążona w swoich myślach - Ehm, przepraszam, George, ale jestem zmęczona. Dobranoc.
- Sorry, że tak późno zawracałem ci głowę. - westchnął - Była prosta odpowiedź na nagłe zniknięcie Payne'a, a ja niepotrzebnie do ciebie dzwoniłem. Cześć, Cher.
Po tych słowach usłyszałam tylko charakterystyczne pikanie świadczące o zakończeniu połączenia.
Odeszłam od okna i położyłam się na łóżku, pod kołdrą. Napisałam esemesa do Ariany, że przyjdę jutro dopiero na drugą lekcję, bo muszę coś załatwić.
Druga lekcja to będzie historia. O zgrozo!

_____________________________________________________________________________
Jest 28 maja 2013 roku, pogoda za oknem jest taka jaka być nie powinna w, no, prawie LATO & ja dodaję notkę szczególnie dla was.
Istna irlandzko-angielska nam ta pogoda zawitała na Dolny Śląsk.. -,-
Napisałam ją zanim moja współautorka napisała rozdział drugi, ponieważ zarys jako taki miałam. Taką jakby wizję. Hehe, dziwne. Chociaż lepiej mi się piszę „na spontana”, ale cóż począć?
Kilka spraw.
1) KOMENTARZE: dziękujemy za każdy komentarz z waszej strony i mamy nadzieję, że będziecie nadal komentować. Dla Ciebie to tylko chwilka, a nas tak cieszy.
2) AUTORKI: jest nas dwie – ja – olka, znana jako @alekslloyd & Paulina, @aww_paulaaa. ;)
3) ANKIETA: klikajcie „tak”, jeśli czytacie to opowiadanie! ;D
4) POWIADAMIANIE: jeżeli chcesz być informowana o nowych rozdziałach, napisz o tym w zakładce, w prawej kolumnie pt.”INFORMOWANI”. Ułatwi nam to życie :]
5) Obserwujcie, komentujcie, polecajcie i zachęcajcie. Zakładka SPAM służy do spamowania. ;D
Nowy rozdział będzie wkrótce.
Looove, xoxo


5 komentarzy:

malikowa pisze...

boże ! chcę wiedzieć co z Liamem ! jakie emocje ;oo
kocham to opowiadanie <3
piszecie cudownie ;** chcę nexta :D
@ahmyhubby

Ave. pisze...

Kocham to opowiadanie. Chcę następny ;)

Lost pisze...

Zaciekawiła mnie ta historia z Liamem.
Świetny rozdział!
Czekam już na następny ;)

Martyna pisze...

ŚWIETNY BLOG!! Z LIAMEM NAJLEPSZE <3
I JUŻ OBSERWUJE TEN BLOG:)

ZAPRASZAM RÓWNIEŻ DO SIEBIE http://forver-love66.blogspot.com/

Mimi Loo pisze...

fajne to a kiedy nowy ?

Followers